Jakoś ostatnio zupełnie nie było weny do pisania, ale trzeba w końcu się zebrać i coś napisać, bo takie dziwne lata się już nie powtórzą (oby). W ogóle cały tamten rok był przedziwny i mało przewidywalny. W moim kalendarzu startowym zabrakło już miejsca na poprawki – ten odwołany, ten przeniesiony a potem odwołany i tak przez cały rok. Na początku się denerwowałem, ale potem już chyba było mi wszystko jedno. Po tych wszystkich roszadach okazało się, że sezon 2021 sam się zaplanował – 90% startów to starty przeniesione z zeszłego roku + kilka nowych. I tak startem sezonu okazał się

Źródło: http://plxtri.com

Diablak czyli coś czego nigdy nie planowałem. W sumie to wszystko przez Łukasza, który zakończył ostatni start sezonu 2020 w Kocierzy na pudle i jak zawsze w takich sytuacjach bywa poszliśmy na dekoracje. Pogoda fatalna to i garstka ludzi przyszła a po wręczeniu medali były losowane pakiety na różne dystanse Diablaka. Pozostał pełny dystans IM i zaczęło się wyczytywanie nazwisk. Nikogo z wyczytanych nie było aż tu nagle „Kowalczyk” – o nie! Jak dawali to wziąłem, ale nie wiedziałem co z tym prezentem zrobie – oczywiście bardzo dziękuje organizatorom 🙂 . Jakoś pełny dystans aż tak bardzo mi nie posmakował i jeżeli w ogóle to myślałem o Roth jako drugim starcie na takim dystansie. A tutaj nie dość, że nie Roth to jeszcze Diablak – organizator opisuje go tak:
 
„Diablak na jednych z największych przewyższeniach w Europie, kończacy się diableskim podejściem na szczyt Babiej Góry. Zaczynamy od pływania na dystansie 3,8km w Jeziorze Żywieckim. Strefa zmian jest zlokalizowana na cudownym rynku głównym w Żywcu, tam też kończy się jazdę na rowerze na dystansie 180 km. Rower składa się z dwóch pętli 90 km z podjazdem na Kubalonkę i Salmopol, o łącznej wzniesieniach 3 200 m. Na trasę biegową ruszamy z wysokości 345 m n.p.m. Ten etap triathlonu to 44km bieg górski na szczyt Babiej Góry, zwany Diablakiem na wysokość 1 725 m n.p.m. „
To chyba już jasne dlaczego miałem watpliwości. Myślałem o zlicytowaniu go na jakiś fajny cel albo oddanie komuś, ale niestety tego nie można było zrobić. W rezultacie zdecydowałem się (będąc trzeźwy i świadom tego co robie, choć w sumie to nie wiem 🙄 ) na to szaleństwo. Nie ma co drążyć – 26 czerwca będę chwilowo zajęty – tak przez jakieś 15-17 godzin 🙂 . Sporo treningów przede mną a najbardziej porządane to te gdzie mogę potrenować w górach. I tutaj na początku pojawił się trenerski plan wyjazdu na Kanary w lutym. Niby taki wyjazd jest planowany co roku, ale tym razem wymaga to żelaznej cierpliwości, mistrzowskich umiejętności logistycznych, bo przecież nic nie można teraz przewidzieć czy zaplanować. Tak więc Łukasz się dwoił i troił aby udało się wyjechać – miało być Lanzarote, ale  w ostatniej chwili coś się pochrzaniło i mamy lecieć na Gran Canarie czyli tam gdzie w zeszłym roku. Osobiście jest mi wszystko jedno, aby tylko były górki, fajna pogoda i móc dużo pojeździć. 
W końcu udało się, testy PCR zrobione 48 h przed wylotem i 5 lutego mogliśmy spokojnie wsiadać do samolotu. Zebrało się nas ponad 20 osób czyli chyba rekord patrząc na frekwencje obozową – super 🙂 . 
Wylot z Warszawy z samego rana a przylot do Las Palmas około 13:00, szybka odprawa, transport z lotniska do hotelu w Maspalomas i można było robić zaplanowany oczywiście na ten dzień trening. Wcześniej jednak musieliśmy odebrać z wypożyczalni nasze rowery. Tak odebrać bo tym razem roweru nie wziąłem (jak większość) – chciałem sobie pojeździć na fajnej szosie. Nic z tych rowerów by nie było gdyby nie nasz mistrz organizacji i negocjacji „Wszystko załatwię Bartek” 🙂  – jak on to wszystko ogarnął tego nikt nie wie, ale jeszcze raz wielki dzięki Bartuś 🙂 . Rowery już na nas czekały – trzeba było tylko dopieścić szczegóły i można było jechać. Ja zamówiłem sobie szose „Specialized Roubaix”  – rower w wersji z hamulcami tarczowymi i elektryką (elektryczne przerzutki) – co ja będę mówił – było trochę jakby luksusowo 😉 . 

Nasze rumaki, fot.: Krzysztof Urban

Odstawiliśmy rowery do hotelu i poszliśmy na pierwsze biaganko. W Polsce zimno i szaro a tu bieganie na krótko – cudownie 🙂 .   

Rowery są nasze :),  fot.: Triclub

A to moje cudo 🙂

Tym razem mieszkaliśmy w innym hotelu niż rok temu, ale w tej samej okolicy.  Zmiana była spowodowana głównie kiepskim żarciem jakie było ostatnio, ale tutaj jedzonko bardzo przyjemne, mimo wszystkich obostrzeń jaki tutaj panują. Ja mieszkałem z Bartkiem i Przemkiem czyli skład z zeszłego roku.

Nasz hotel – widok z balkonu, fot.: Krzysztof Urban

Warto też napisać kilka słów o obostrzeniach jakie tu panują i jak wszyscy je przestrzegają. Nie są one zbyt skomplikowane – noszenie maseczki (maseczki a nie szalika czy buffa), dezynfekcja rąk i max cztery osoby przy stoliku. Znamy to wszystko, ale różnica jest w przestrzeganiu tych zasad. Nie zamówisz kawy jak nie będziesz miał maseczki, więcej nawet nie zdążysz podejść do tego baru, bo już barman woła abyś założył maseczkę. W restauracji hotelowej jak spróbujesz wstać od stołu bez maseczki, aby szybko skoczyć po dolewkę picia, to zaraz zjebka od obsługi za brak maseczki. Jak wszedłem do sklepu i nie zdezynfekowałem rąk kazano mi się wrócić i to zrobić. Nikt na to wszystko się nie gniewa, wszyscy respektują i szanują. Ciekawe czy to wynika ze strachu przed zamknięciem biznesów czy to taka wzajemna solidarna troska o region a może zwyczajnie nieuchronność kary? Region w którym byliśmy to region który się szczyci, że praktycznie nie ma u nich zakażeń. Wszystko odwrotnie niż u nas – bez cwaniactwa, bez dyskusji o wolności, wszyscy dbają aby mieć możliwość zarobienia kasy. 
Reżim obozowy był już nam znany, czyli trening, żarcie, regeneracja – i tak przez cały tydzień. Wyjazd jednak bardziej nastawiony na rower – i bardzo dobrze 🙂 , ale też z treningami biegowymi i akcentami wodnymi. Niestety baseny były zamknięte, więc mogliśmy tylko korzystać z dobrodziejstw natury i robić treningi w zatokach. W sobotę pojechaliśmy sobie (oczywiście rowerami) na znaną już nam plażę zrobić właśnie trochę Open Water i przy okazji zrobić zapoznanie z rowerami i terenem.

Takie tam 😉

Ten dzień miał też pokazać jak będziemy się ustawiać w grupach rowerowych (mniejsze grupy ze względów covidowych i kolarskich). Większość pojechała rowerami a część osób przyjechała autobusem (dzieci, wózki itp..). Nie wiem jak to dziewczyny zrobiły, ale pojawiły się praktycznie kilka minut po naszym przyjeździe na miejsce. Bez jęczenia, że ciężko, że dziecko, że wózek, nieznany teren i autobus – wszystko ogarnęły i dały rade przyjechać i to z takim timingiem – BRAWO tylko brać przykład 🙂 . Na miejscu przygoda „maseczkowa” – kiedy staliśmy ubrani już w pianki na piachu w kółku (nikogo poza nami) i trener tłumaczył zadanie nagle podeszła policja i nakazała założenie maseczek. Nawet tutaj na świeżym powietrzu, na plaży jakoś nas wypatrzyli. Nikt nie dyskutował 🙂 .

Ekipa w czerni 🙂 fot.: Krzysztof Urban

Woda jak w zeszłym roku – rewelacyjna. Nie wszyscy się zdecydowali, ale ktoś ciuchów musiał pilnować 😉 .

Nasi ochroniarze 🙂 fot.: Krzysztof Urban

Ludzi na plaży i w knajpie, w której zrobiliśmy sobie bazę, oczywiście zdecydowanie mniej niż w zeszłym roku. Ale jeszcze ktoś kawkę i lody sprzedawał 😉 . 

Wyborne towarzystwo 🙂

Chętni zawsze się znajdą 😉

Mimo wszystko spędziliśmy bardzo fajny dzień. Mieliśmy nawet pokaz akrobatyki sportowej i dowód, że starszych panów w klubie mamy dobrze rozciągniętych  😆 

Znajdź różnicę 😉 fot.: Krzysztof Urban

Wróciliśmy jeszcze na obiad a popołudniu zrobiliśmy planowe bieganko. Zapomniałem wspomnieć o rowerze – jechało się super, ale miałem wrażenie, że trochę jest za duży i dodatkowo siodełko będzie trzeba przestawić bo trochę ciśnie. Trochę się obawiałem tego ustawienia bo następnego dnia czekała nas dłuuuuga jazda.Uznałem, że pojadę na takich ustawieniach a ewentualne zmiany będę robił na następny dzień.
Jak było w planie tak zrobiliśmy – śniadanko i zaraz w drogę. Zanim jednak w drogę to były rzeczy ważniejsze do zrobienia czyli klubowa fota – wszyscy rano mieliśmy się wstawić w otrzymanych wyjazdowych koszulkach i pstryk 🙂 .

Cała ekipa w komplecie 🙂 fot.: Krzysztof Urban

Czekało nas sporo kręcenia, więc zostaliśmy podzieleni na grupy i około godz. 9 ruszyliśmy. Zwiedzaliśmy południowo wschodnią część wyspy  czyli kierunek ten sam co na wczorajszą plażę. Sporo górek, zjazdów i ciekawych atrakcji. Trochę remont drogi nam popsuł plany, ale trener wymyślił i na to rozwiązanie. Celem był Mirador El Balcon czyli punkt widokowy znajdujący się przy zachodnim skrajnym punkcie wyspy. W połowie jednak najpierw dotarliśmy na punkt widokowy na Mirador de Veneguera.

W połowie drogi 🙂

Sporo podjazdów, sporo zjazdów, ale w końcu dotarliśmy do celu – punkt widokowy El Balcon zawieszony nad urwiskiem i z którego można zobaczyć piękne przybrzeżne klify nad Atlantykiem. No tak można by było gdyby nie był w remoncie  👿 . Pozostał nam jednak znak  😛

Nasz balkon 😉 , fot.: Krzysztof Urban

W powrocie oczywiście znalazła się chwilka na wypicie kawusi 🙂 .

Kawusia na rowerze smakuje wybornie 🙂

W rezultacie była cudowna wycieczka, która zajęła nam prawie sześć i pół godziny i podczas których udało się przejechać 140 km z 2850 m przewyższeniami. Wszystko było cudownie poza tym, że trzeba było jednak wcześniej siodełko nieco obniżyć. Tak mi fujara zdrętwiała, że trzymało mnie do końca wyjazdu 😛 . Trochę byliśmy wypompowani energetycznie, więc do końca dnia regeneracja.
Następnego dnia w planie był poranny rozruch a tak poza tym miało być luźno, rodzinnie i przyjemnie. Rozruch był nawet przy wschodzie słońca 🙂 .

Pierwszy wschód 🙂 , fot.: Triclub

Miał być surfing czy SUP ale wiatru nie było i opcja atrakcji wodnych odpadła. Było, więc leżakowanie, pogaduchy i opalanie. Wykorzystaliśmy ten dzień na poprawki rowerowe – pojechaliśmy do wypożyczalni do serwisu, gdzie jednym wyregulowali przerzutki a mi skrócili mostek (w efekcie miałem bliżej kierownice) i poprawili siodełko. Już byłem gotowy na następne 6 godzin jazdy 😉 . Wracając wstąpiliśmy na małe co nieco w knajpce przy plaży 🙂 . Wieczorem natomiast była impreza na basenie – trener miał urodziny to i ciacho było i szampan się znalazł – bardzo milutki wieczór 🙂 . W środę zapowiadana była następna długa jazda, ale dzień wcześniej mieliśmy zrobić technikę zjazdów. We wtorek rano zrobiliśmy, więc rozruch i po śniadaniu ruszyliśmy przez sam środek wyspy na południe.

Znowu wschód 🙂 fot.: Krzysztof Urban

Gdzieś tam po drodze trener wymyślił ćwiczenie zjazdów. Super sprawa, ale plan miał tylko jedną wadę – niestety nie było wyciągu i aby poćwiczyć zjazdy trzeba było najpierw podjechać. Okazało się, że po którymś z kolei  podjeździe nie ma to już znaczenia – dół, góra, dół, góra i tak przez ponad godzinę. Fantastyczna sprawa – jedyny sposób aby pozbyć się strachu na zjazdach, poćwiczyć technikę i popatrzeć na tych co ją już opanowali.

Trasa treningowa 🙂 fot.: Krzysztof Urban

Po obiedzie pojechaliśmy jeszcze popływać, ale tym razem, ze względu na ograniczenia czasowe pojechaliśmy autobusem. Plaża bliżej położona niż ostatnio, ale woda równie wspaniała. Przyjemnie się robi takie treningi 🙂 .

Woda mistrz 🙂 fot.: TRICLUB

Musimy jeszcze podszkolić zdjęcia podwodne 😛 fot.: TRICLUB

Środa sponsorowana już była przez „bardzo długie rowerowanie” – tak jak ostatnio przy takim treningu, zapakowaliśmy mnóstwo żeli, batonów i izo i ruszyliśmy zaraz po śniadaniu. Na początku wszyscy razem, aby mniej więcej na środku wyspy się rozdzielić. W planie było zrobienie takiej „większej” ćwiartki wyspy. Na początku na południe w stronę San Bartolome de Tirajana, potem omijając najwyższy szczyt Pico de Las Nieves (inne grupy pojechały) kierowaliśmy się na wschód do wybrzeża do miejscowości Telde i dalej na północny zachód w stronie Maspalomas. Najpierw ruszyliśmy wszyscy razem do pierwszego punktu widokowego.

Triclub peleton, fot.: TRICLUB

Biorę to wszystko 🙂

Ekipa na pierwszym punkcie widokowym, fot.: TRICLUB

Dalej serpentynami dotarliśmy do San Bartolome gdzie wszyscy wspólnie wypiliśmy kawkę. To było też miejsce gdzie grupy się rozdzielały. Jedni jechali na najwyższy szczyt, inni zawracali a my dalej w głąb wyspy.

Podjazd do San Bartolome, fot.: TRICLUB

Kawka i w drogę, fot.: TRICLUB

Im bardziej jechaliśmy na południe tym krajobraz robił się bardziej zielony i bardziej wilgotny. Niesamowite jak szybko zmienialiśmy strefy klimatyczne i jak szybko z nich wyjeżdżaliśmy. Przewyższenia dały nam w kość i w końcu musieliśmy wstąpić na „obiad” do lokalnego sklepu.

Zmiana krajobrazu 🙂 fot.: TRICLUB

Obiad 🙂 , fot.: TRICLUB

Tam już zakupy robiliśmy w hurtowych zestawach po kilka sztuk bułek z czekoladą, batonów i innych frykasów (ssanie mielismy mocne 🙂 ). Chodnikowy obiad trwał z dziesięć minut – uzupełniliśmy izo i pojechaliśmy dalej. Nie obyło się oczywiście bez przygód. Na trasie zostaliśmy zaskoczeni robotami drogowymi i to takimi, że żadne negocjacje nie pomogły aby nam zezwolili przejść (wszystko było ostro rozkopane). Lokalesi trochę nam pomogli wskazując inną drogę jaką powinniśmy kawałek pojechać aby objechać roboty drogowe, a potem była (znaczy miała być) boczna w górę aby z powrotem wrócić na trasę. Wszystko było dobrze poza tym, że mieliśmy drobne problemy aby wrócić na trase – zrobiło się trochę przełajowo 🙂 .

Przełajowo 🙂 fot.: TRICLUB

Wspinanie się w butach kolarskich z rowerem na plecach to bardzo ciekawe  doświadczenie 🙂 .  W końcu się udało i reszta trasy była już bez niespodzianek. Chyba już te kilka dni treningowe dały mi w kość, bo dojechałem na końcówce energii. W rezultacie zrobiliśmy 134 km przez sześć i pół godziny. Tym razem przewyższeń było 2940 m. Wycieczka mnie trochę zmasakrowała i resztę dnia jedyne co mogłem to robić to leżakowanie i regeneracja. Czwartek był już ostatnim rowerowym dniem, więc jeszcze przed oddaniem rowerów pojechaliśmy, 9 km podjazdem (10-12%),  do miejscowości Soria i kawałek dalej aby zobaczyć wodospad „Cascada de Soria”, którego niestety nie było (wyłączyli chyba 😛 ).

Trasa na Sorie fot.: TRICLUB

Wodospad, którego nie ma 🙂 , fot.: TRICLUB

Wypiliśmy kawkę na szczycie i dalej w dół na obiad. Po obiedzie pozostało niestety oddać już rowery i w drodze powrotnej zrobić trening biegowy. Plan był napięty, ale udało się jeszcze wcisnąć meczyk w tenisa z Przemkiem i Bartkiem. Może meczyk to za dużo powiedziane, ale poodbijaliśmy sobie troszkę przed kolacją – poziom był „wysoki” z drobnymi niedociągnięciami technicznymi 😉 , ale zabawa była super.

Wielki Szlem 🙂

Zapomniałem wspomnieć, że przed rowerem pojechaliśmy jeszcze do miejscowego szpitala zrobić test (antygenowy) aby uniknąć kwarantanny w Polsce.
Rano w piątek ostatni pożegnalny rozruch i można było robić kanapki na drogę. Najlepsze kanapki robi jednak Bartuś – były tak dobre, że zjedliśmy przed odlotem 🙂 .  

Czas się pożegnać 🙂 fot.: TRICLUB

Mistrz kanapek 🙂

Z tych wszystkich obozów zagranicznych ten był chyba najcięższy, albo ja już to tak odczuwam :D. Był też najliczniejszy co było przefajne – szkoda tylko, że przez COVID mieliśmy zblokowane wspólne spędzanie czasu w hotelu. Ale i tak cieszymy się, że wyjazd wypalił. 
Jak zawsze pozostaje kilka statystyk do przedstawienia:
Rower 450 km
Przewyższenia – prawie 9000 m
Bieg ponad 50 km
Pływanie – dwie sesje treningowe
Na koniec nawet dyplomy rozdawali 😉

Duma i chwała 🙂

 

Jak zawsze było oczywiście cudownie, wspaniale i sympatycznie. Dzięki Wszystkim za przemiłe towarzystwo i do zobaczenia na następnym wyjeździe 🙂
 
Tutaj możecie zobaczyć filmik z wyjazdów zrobiony przez naszego fantastycznego reżysera, montażystę i kamerzystę w jednym czyli Krzysztofa U.
 

 

 
A mi już pozostało przygotowanie się do Diablaka a wcześniej jeszcze wypad na Łemkowyne i start w IM 70.3 w Warszawie. Może jeszcze coś wpadnie, ale w tych czasach ciężko coś zaplanować 🙂
 
Trzymajcie się cieplutko 🙂