W zeszłym roku nie do końca wszystko poszło tak jak zaplanowałem, dlatego trzeba było w tym roku zabrać się za solidne trenowanie. Poziom TRI rośnie, konkurencja nie próżnuje i chyba najlepszym rozwiązaniem by nie zostawać w tyle było rozpoczęcie roku solidnym obozem. O tej porze roku najfajniejszym miejscem do trenowania są Wyspy Kanaryjskie. W tym roku Łukasz zorganizował wypad na Gran Canarie, a że dwa lata temu byłem na Fuercie na obozie to wiedziałem, że szykuje się ostre trenowanie w doborowym towarzystwie. W końcu nie zdażyło się nigdy aby obóz Triclubowy był przeciętny 🙂 . Wyjazd taki, tworzą ludzie, a tych o pozytywnej energii w klubie, nie brakuje. Co tam będę słodził – zwyczajnie jesteśmy zajebiści 🙂 . Ekipa była zacna – pojechaliśmy w składzie 12 osobowym (Jasio dzielnie nam towarzyszył). Wylot zaplanowany był na 31 stycznia a powrót na 7 lutego. Harmonogram był zwyczajny, czyli taki jak zawsze na wyjazdach klubowych – trening–żarcie-regeneracja, trening–żarcie–regeneracja… Wylot z Warszawy był o 8:20, ale na lotnisku trzeba było już być dwie godziny wcześniej.

Nasz skromna grupka

Jaś dzielnie znosił różnice ciśnień 🙂

Lądowanie w Las Palmas około 13:00 – trener nawet zarządził rozbieganie zaraz po wylądowaniu. Transfer z lotniska (z sześcioma walizkami rowerowymi), mimo drobnych kłopotów na początku, przebiegł całkiem nieźle – autokarem do hotelu mieliśmy około 40 minut jazdy.

Kierowca wpadł w panikę jak nas zobaczył 😀

Od samego początku przywitało nas bezchmurne niebo, idealna temperatura, i niewielki wiatr. Po Fuercie właśnie tego wiatru najbardziej się obawiałem. Strasznie poprzednio panikowałem i oczywiście mimo, że sobie powtarzałem, aby już nigdy w takie miejsce nie brać moich kół (czułe na wiatr) to i tak je zabrałem 😛 . Podobno miało mniej wiać 😉 .  Mieszkaliśmy w miejscowości Maspalomas w hotelu Turbo Club. Hotelik całkiem ok, w niskiej zabudowie, pokoje 2/3 osobowe z aneksem kuchennym. Na miejscu dwa baseniki, bar i jadłodajnia – nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Rzut na stołówkę i basen 🙂 , Fot: Krzysztof Urban

Pierwszy trening po przylocie jakoś nie wzbudził entuzjazmu całej grupy. Jednak ponad 5 godzin lotu robi swoje – większość narzekała na słabe samopoczucie biegowe. Na szczęście bieganko mocne nie było i narzekanie się szybko skończyło. Podczas biegania sprawdziliśmy gdzie jest basen, gdzie się kupuje bilety i takie tam logistyczno-organizacyjne sprawy. Na pierwszym basenie od razu miła niespodzianka. Pracownik wytłumaczył, że biletów już nie kupimy (bilety się kupuje do 14:00), ale to nie problem. Jeżeli mamy trening do zrobienia to jest to priorytet i serdecznie zaprasza na trening a za wejściówkę zapłacimy po weekendzie. Życzę Wszystkim takiego podejścia i takiej wiary w drugiego człowieka – rewelacja 🙂 . Tak przy okazji wejście na basen 2 Eur – basen oczywiście pod gołym niebem.

Nasza wanna 🙂

Zanim jednak dobiegliśmy do hotelu już było za mało czasu by wrócić na trening pływacki a rowery były jeszcze walizach lub w wypożyczalni (niektórzy zdecydowali na wypożyczenie szosy na miejscu).

Wizyta na plaży

Po południu/wieczorem składaliśmy rowery i tu niestety pierwsza porażka. Składałem Julki rower i  poległem na całej linii. Za dużo śrubek i możliwości i ten cholerny cockpit mnie pokonał. Padło dużo ciepłych słów, była burza mózgów, analizy, dyskusje – wszystko na nic. Nie dało się (a raczej nie umiałem) tego wyregulować. Na szczęście następnego dnia rano kilka osób jechało do wypożyczalni po rowery i liczyłem, że serwis sobie tam poradzi i Julka nie będzie musiała wypożyczać roweru. Do tego dochodziła oczywiście tygodniowa beka z Kowalczyka, że nie podołał funkcji mechanika. Ech… jakoś musiałem wziąć to na klatę 😉 .

Analiza problemu 😀

Będzie mnie straszył po nocach 😀

Sobotni poranek okazał się szczęśliwy – serwis sobie poradził, reszta wypożyczyła rowery i mogliśmy jechać na pierwszy trening po okolicy. Nie ma co tu kokietować – piękna pogoda połączona z fajnymi widokami (trochę księżycowo, ale dużo lepiej niż na Fuercie) i przede wszystkim słaby wiaterek powodował ciągłego banana na twarzy.  Do pokonania było 60 km + dla chętnych dokręcenie dodatkowych 20 km. Nóżkę trzeba trenować to oczywiście się zgłosiłem. Pojechaliśmy na zachód, wzdłuż wybrzeża do miejscowości Taurito a po powrocie do Maspalomas chętni na dokrętkę jechali na północ do miejscowości Ayagaures.

Od lewej: Przemo, Janusz, Julka, Tomek, Krzysztof, Bartek, Ja, Dawid, Karola vel Champion, Jak się obrócicie do tyłu zobaczycie Łukasza robiącego fotę 😉

Zdążyliśmy nawet na obiad, który może nie był 5 gwiazdkowy, ale nie planowaliśmy tu zostać na miesiąc to można było się dostosować. Pojawiły się nawet pierwsze ślady działania słoneczka 😉 .

Trójząb 😀

Potem przerwa i bieganko – mocne 200 metrowe tempówki dały w kość, ale udało się jakoś wymęczyć.

Przed tempówkami oglądanie latarni 🙂 , Fot.: Krzysztof Urban

Wieczorem robiliśmy próbny test ortostatyczny, który mieliśmy wykonywać codziennie zaraz po przebudzeniu. W skrócie polega na badaniu różnicy między tętnem spoczynkowym a tętnem po wstaniu z pozycji leżącej. Różnica między tętnami określa stopień zmęczenia.

Mierzymy, omawiamy 🙂 , Fot.: Krzysztof Urban

Następny dzień i oczywiście pierwszy po śniadaniu był rowerek. Tym razem zupełnie inna trasa. Dystans niby podobny bo 85 km, ale jechaliśmy od razu na północ w stronę San Bartolome de Tirajana, potem na wschód do miejscowości Aguimes i dalej na dół w kierunku hotelu.

Dzisiejsza trasa

W połowie peleton został podzielony na dwie grupy gdzie jedna nadrabiała dodatkowe 20 km. Znowu słabo wiało, więc starałem się czerpać garściami doświadczenia z każdego zakrętu na zjeździe. Przemo wprawdzie mówił by się kłaść, że mamy zapas, aby się nie bać, ale ze mnie raczej turysta niż zjazdowiec – boję się i już. Musiałbym się chyba na Kanary przeprowadzić aby w końcu się przełamać 😛 . Poza tymi koszmarnymi zjazdami wszystko znowu było cudowne, wspaniałe. No i ta kawka Cortado podczas tych naszych wypraw – przepychota 😀 .

Lecimy na szczyt 🙂 Fot.: Triclub

Bez komentarza 😉

W grupie raźniej – Fot.: Triclub

Znowu ledwo się wyrobiliśmy na obiad, ale jeszcze w garach udało się coś znaleźć. Bieganko popołudniowe to już sama przyjemność – pobiegliśmy do latarni i stamtąd promenadą wzdłuż wybrzeża. Termometry na słupach pokazywały 31 stopni, bezchmurne niebo, gęby uśmiechnięte – chyba jestem w raju 😀 .

Ciepło 🙂 Fot.: Triclub

W tym dniu trener w planie wpisał tańce, ale jako że wszyscy byli zmęczeni to mieliśmy pominąć ten punkt programu. Choć zdawaliśmy sobie sprawę, że jest to bardzo nieetyczne pomijanie zaleceń trenerskich, mieliśmy po kolacji się położyć. I już by to wszystko tak się ułożyło, ale na schodach (50 metrów od pokoju) spotkaliśmy jakichś roztańczonych Niemców, nagle dziwnym przypadkiem, niewiadomo skąd 😉 pojawił się z głośników „Anton aus Tirol”:
„Ich bin so schön,
Ich bin so toll
Ich bin der Anton aus Tirol 
Niemcy podchwycili i poszło – reszta niech zostanie już na Kanarach 😉 . Jedno co można powiedzieć to, że woda w basenie o północy jest idealna 😛
Po północy dodatkowo mogliśmy zacząć świętować urodziny Bartka – NAJLEPSZEGO BARTUŚ 🙂
Plan był dobrze pomyślany i w poniedziałek zaplanowany był Open Water, ale najpierw trzeba było tam dojechać. Zapakowaliśmy plecaczki, pianki i pojechaliśmy 20 km wzdłuż wybrzeża do Playa Amadores.

Wszyscy do prawej – Fot.: Triclub

Pojechaliśmy w pełnym składzie czyli Ewcia mogła spokojnie jechać bo Jasio wieziony był jak król w przyczepce z Łukaszem. Piękne miejsce do pływania, ale woda dość chłodna, więc dobrze że zabraliśmy pianki. Popływaliśmy godzinkę, ale wielkiej radości z tego pływania nie było. To był debiut dla mojej nowej pianki i nie widzieć czemu obcierała mi szyje. Okazało się potem, że praktycznie wszyscy się poobcierali, tak więc nie była to kwestia tylko mojej pianki. Może przez tą słoną wodę, a może przez to, że byliśmy spoceni po rowerze – nie wiadomo.

Po treningu 🙂 Fot.: Triclub

Przy samej plaży była urocza włoska knajpka gdzie rozlokowaliśmy się na kilka godzin. Nie chciało nam się wracać na obiad do hotelu i postanowiliśmy tutaj naładować akumulatory. Wjechała pizza, kawka i inne pyszności. Po południu nie było już żadnych planów to wybraliśmy się jeszcze rowerami na promenadę na kawkę 🙂 .

Kawka na promenadzie się należy 🙂 Fot.: Krzysztof Urban

A wieczorem oficjalny szampan za zdrówko Bartka 🙂

Twoje zdrowie – Bartuś Fot.: Krzysztof Urban

Fajnie się wypoczywało, ale po wypoczynku nadszedł czas na najdłuższy rower na obozie. Było sporo pakowania bo musieliśmy zabrać sporo żarcia i picia. Na drogę wziąłem siedem żeli, trzy bidony oraz pastylki izo aby rozpuścić i napełnić puste bidony po drodze. Zapowiadała się super przygoda. Start o 9:30 i od razu Łukasz zrobił podział na dwie grupy – każda miała osobną mapę wgraną do zegarków. Pierwsza grupa miała wjechać na najwyższy szczyt Gran Canarii Pico de las Nieves (1949 m n.p.m.) lub ewentualnie dodatkowo się po drodze jeszcze podzielić. Podstawową zasadą było nie jeżdżenie w pojedynkę, więc jeżeli ktoś chciał skrócić trasę to musiał mieć partnera. Druga grupa jechała podobną trasą tylko bez podjazdu na Pico, a więc i trochę inną trasą powrotną. Najpierw ruszyliśmy na północ gdzie minął nas spory peleton. Wiedziałem, że trener nie odpuścił i zaraz padło hasło by się go trzymać. Chwilkę się udało utrzymać w grupie, ale jak zaczął się podjazd już nie dałem rady i puściłem koło. Jak się rozdzieliliśmy pojawił się zaraz znak o podjeździe (max 15%!!!). No to lecimy – rower czasowy nie jest najszczęśliwszym rozwiązaniem na góry, ale uważam, że lepiej jest trenować na tym co się startuje więc teraz cierpię na własne życzenie. Brakuje przełożeń i słucham kąśliwych uwag tych co na szosie 😉 – robie swoje i jadę swoim tempem. To wszystko było w okolicy 25 km a do przejechania była stówka, więc była to dopiero rozgrzewka. Gdzieś po 50 minutach wdrapaliśmy się na wypłaszczenie (bo szczytem nazwać tego nie można). Tam też było takie niewielkie odbicie w lewo i wąski, straszny i paskudny podjazd.

Tak to wyglądało z góry 🙂 Fot.: Triclub

Myślałem, że to kilku metrowe wynaturzenie, ale okazało się że końca nie było widać przez prawie godzinę. Było tutaj wszystko co może się „podobać” w górach: piekące uda, jazda na stojąco, trawersowanie (jazda od boku do boku aby zmniejszyć nachylenie), lejący się po dupie pot, przekleństwa…

Męczarnie 🙂 Fot.: Triclub

 

Trawersowanie – Fot.: Janusz Pieczonka

Nie wiem po jakim czasie, ale w końcu dojechaliśmy do końca tego koszmaru. Na szczęście powitała nas tam knajpka i kawka. Można było też zakupić wodę aby uzupełnić izo. Był to też moment kiedy trasy naszych grup się rozdzielały. My skręcaliśmy na Pico a reszta jechała dalej prosto. Wielkie brawa dla wszystkich za pokonanie tego piekielnego podjazdu. Nie obeszło się jednak ofiar. Karola vel Champion przewróciła się na podjeździe i wbiła sobie zębatkę w łydkę. Trochę krwi się polało, ale że dziewczyna twarda jest a ból to tylko stan umysłu to ruszyła dalej na podbój góry – nie bez przyczyny ma pseudonim Champion 😉 .

Reszta dzielnej grupy Fot.: Tomek Jedwabny

Kawkę wypiliśmy, uzupełniliśmy izo i w drogę na Pico – pozostało około 10 km wspinaczki aby dotrzeć na najwyższy szczyt Gran Canarii. Powolnie, mozolnie, swoim tempem i jakoś metry mijały. Na 4 km tego podjazdu nawet było trochę wypłaszczenia, aby potem znowu pojawiła się wspinaczka. Czuło się, że jest coraz wyżej bo nawet zaczęło się robić chłodno. Na szczęście wziąłem ze sobą rękawki o zdecydowanie poprawiło komfort jazdy. Przed 10 km pojawił się Łukasz, który zjechał do mnie aby sprawdzić jaka jest sytuacja i powiedzieć jak jechać dalej. Okazało się, że te 10 km to do rozwidlenia gdzie się skręcało w prawo i gdzie pozostało jeszcze około 2 km. W końcu jest ten upragniony szczyt. Chłopaki już pewnie pomarzli czekając na mnie – sorry grupo  😳 .

Była moc 🙂

 

W komplecie na szczycie – Fot.: Triclub

Niestety tak to jest w górach, że jak się wjedzie to trzeba zjechać. Wtorek był najcięższym dniem rowerowym i oczywiście wtedy akurat musiało zacząć wiać 👿 . A zjechać trzeba było. Najpierw jechaliśmy granią z ostrym bocznym wiatrem a potem rozpoczęła się jazda w dół. Trafiłem chyba kumulacje – boczny wiatr, beznadziejny asfalt (poprzeczne pęknięcia) i lekki szuter na drodze. Masakra była jakaś  😯 . Trzeba była jakoś zjechać, ale była to najsłabsza część tego obozu, ani przyjemności, ani nauki – walka o każdy kilometr zjazdu. Tutaj mogłem też zapoznać się z zapachem spalonych klocków na rowerze – śmierdzą jak spalone sprzęgło w samochodzie 😀 . W połowie zjazdu asfalt się poprawił i można było skupić się na serpentynach. W końcu po pięciu i pół godzinach jazdy i pokonania ponad 100 km dotarliśmy do hotelu. A przed hotelem czekała już pozostała część zespołu – okazało się, że dojechali dosłownie kilka minut przed nami. Widać, że ciało nie przyzwyczajone do takich wyjeżdżeń bo dupa bolała strasznie 😀 .

Szczęśliwi i zadowoleni 🙂 Fot.: Krzysztof Urban

Oczywiście o obiedzie mogliśmy zapomnieć, ale zrobiliśmy szybką myjkę i pojechaliśmy do miasta na pizzunie 🙂 .

Czas szybko mija i zrobiła się środa a w planie było pływanie i popołudniowe bieganko. Chwała trenerowi, że nie wpisał do planu roweru bo moje dupsko by tego nie wytrzymało 😛 . Po śniadaniu wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy po bilety i dalej na nasz basen. Oj po wczorajszych wojażach taki basen to jak spa dla moich nóżek i to mimo mocnego treningu.

Woda lekko słonawa, ale pływało się super 🙂 Fot.: Krzysztof Urban

Dobrze ponad godzinę solidnego pływania a po wszystkim wizyta w lokalnej kawiarence – wjechała kawka i trochę słodkości 😉

Kawka pobasenowa 🙂

W hotelu typowy obiad a potem bieganie i nasze ulubione tempówki. Porównując do tych tempówek z początku obozu to było zdecydowanie lepiej. Tym razem noga sama biegła, człowiek jakąś miał większą ochotę na bieganie. Nie zabrakło oczywiście czasu na fotkę 🙂 .

Pamiętamy o rozciąganiu 🙂 Fot.: Triclub

Co zrobić, że przyszedł czas na ostatni rower na tym obozie. Nie wiadomo kiedy ten czas przeleciał, ale wiadomo, że bardzo radośnie, dlatego czerpaliśmy jeszcze z tego wyjazdu póki mogliśmy. Na ostatnim rowerze znowu zrobiliśmy podział na dwie grupy. Tym razem zostałem w tej drugiej bo Łukasz z Przemem i Krzyśkiem narzucili takie tempo, że moja nóżka zwyczajnie odmówiła 🙂 . Jeszcze Was kiedyś dogonię 😉 .

Gdzieś na podjeździe Fot.: Janusz Pieczonka

Był ostatni rower i musiał być ostatni basen. Kilka osób słabiej się czuła więc została w hotelu a reszta na rowerach i do wody. Tutaj trzeba wpisać do kartotek, że w tym dniu Dawid zrobił pierwsze swoje selfie 😉 – wyszło tak

Selfiaczek 🙂

Po basenie grupa, która wypożyczyła rowery pojechała je oddać a ci co mieli własne, mogli zacząć je składać i pakować do walizek. W między czasie wpadło zaproszenie na urodzinowego trenerskiego szampana. Łukasz urodziny miał zaraz po naszym wyjeździe, więc to była jedyna szansa na wspólnego drinka 🙂 .

Pozostało już tylko poranne bieganie i oglądanie wschodu słońca. Podczas wyprawy nad ocean poczuliśmy się trochę jak amerykańskie Marines i odśpiewaliśmy trenerowi życzenia urodzinowe 🙂 .

W końcu dotarliśmy na wydmy i na wschód słońca nad Oceanem.

Co tu komentować 🙂

I jedna z naszych ostatnich fotek na Kanarach 🙁

Do zobaczenia 🙂 Fot.: Triclub

Pozostało się tylko dopakować i czekać na autokar. Na lotnisku obsługa była bardziej życzliwa i nie naliczyli nadbagażu. Sporo jednak staliśmy w kolejce do odprawy i nie było już szans na jakiekolwiek zakupy.

W oczekiwaniu na odprawę

Wystartowaliśmy punktualnie o 14:20 i czekało nas ponad pięć godzin nudy. Okazało się jadnak, że szybko zleciało na pogaduchach a Krzysiek przy okazji zmontował znakomity filmik z obozu – zajebista robota – dzięki 🙂

Na koniec oczywiście szybkie podsumowanie naszych treningów:

  • Przepłynęliśmy w basenie i oceanie prawie 10 km
  • Przejechaliśmy ponad 400 km po lokalnych pagórkach
  • Przebiegliśmy prawie 60 km po lokalnych ścieżkach

Nie przesadzę pisząc, że był to chyba najlepszy Triclubowy obóz na jakim byłem – wspaniali ludzie, znakomite treningi, piękna pogoda. Dziękuje Łukasz za organizacje i Wszystkim za cudowne, miłe, przesympatyczne towarzystwo i możliwość spędzenia razem czasu.

Do zobaczenia na obozie w Stężycy 🙂

Trzymajcie się cieplutko