Niby to tylko zwykłe zawody (pierwsze w tym roku i pierwsze po kontuzji) a spina mnie dopada jakbym szedł na maturę 🙂 . Już kilka dni przed niedzielą wszystkie myśli skierowane były na Piaseczno. Sprawdzam gdzie powinienem zaparkować, czy wszystko mam na liście (tzw. check lista, którą mam aby o niczym nie zapomnieć przed zawodami), czy może o czymś zapomniałem – tak jakby miało to wszystko znaczenie we czwartek 😉 . Stresik jest pozytywny i pewnie przy 50-tych zawodach będzie już niewielki. W sobotę pojechałem sobie odebrać pakiet startowy i pooglądać trochę okolicę (pewnie w niedzielę nie mógł bym tego zrobić 😀 ) a wieczorem pakowanie sprzętu i dziesięciokrotne jego sprawdzenie. Tri plecak Tyr-a okazał się rewelacyjny – wlazło tam wszystko włącznie z kaskiem, butami i innymi gadżetami, więc wszystko było w jednym miejscu. Już bym zapomniał, że przecież w sobotę po południu trenowałem jeszcze zmiany, czyli zdejmowanie i wyjmowanie nogi z butów, zsiadanie i wsiadanie oraz odpowiednie przyczepianie butów na gumki recepturki. Tak aby wszystko oczywiście było perfekcyjnie 🙂 . W niedziele umówieni byliśmy Triclubowo około 10.00. Wcześniej chciałem wstawić już rower do strefy zmian (czynna była do 10.30) a że parking był kawałek drogi wyjechałem z domu parę minut po ósmej. W strefie zmian spędziłem trochę czasu bo w końcu kilkukrotne sprawdzenie wszystkiego trochę trwa 😀 . Okazało się, że można na coś się gapić przez pół godziny a i tak o czymś zapomnieć, ale o tym za chwilkę. Zawody 1/8 IM ruszały o 11.50 więc było mnóstwo czasu na relaks, pogaduchy, fotki i inne przyjemności. Plecaka do depozytu nie musiałem oddawać bo Kasia (dziewczyna Bartka) zgodziła się popilnować całego naszego majdanu. 40 minut przed startem drobna rozgrzewka i rozpoczęcie rytuału zakładaniaIMG_4583 pianki czyli smarowanie, układanie, przetarcie okularków itp. Odprawa techniczna się kończyła i ruszyliśmy na linie startu. Start był z wody więc najpierw trzeba było do niej wejść i tu pierwszy szok – woda miała być odpowiednio podgrzana 😉 a gdyby nie pianka to chyba bym nie mógł się z zimna ruszyć. Po przepłynięciu kilku metrów trochę się zrobiło cieplej. Sama sadzawka, w której pływaliśmy nie miała dobrej opinii i faktycznie nie było to mazurskie jezioro. Ale też bez przesady, dno muliste, zero widoczności a poza tym woda jak woda – mokra i zimna. Ustawiłem się na skrajnej lewej stronie aby nie brać udziału w głównej pralce, ale i tak napięcie było ogromne. 5…4…3…2…1.. ruszyli. Pierwsze metry i już wiedziałem, że będzie kicha. Nogi mi zdrętwiały (jakby krew nie dopływała), stres mnie zżerał, nie mogłem złapać rytmu. Gdzieś po 200 metrach nawet mi przemknęło – może sobie odpuścić, ale na szczęście zająłem się płynięciem a nie rozmyślaniem. Jak minęliśmy mostek (bardzo wąski przesmyk) co było na moje oko jakąś połową dystansu (do przepłynięcia było 475 m) to powoli zacząłem łapać tempo. Cały czas sobie powtarzałem „płyń nawet powoli, ale równo” – i tak też robiłem aż do wyjścia z wody. Ależ byłem szczęśliwy, że ten koszmar już się skończył – teraz biegiem do T1 (pierwsza zmiana) i robić wszystko zgodnie z tym co ćwiczyłem dzień wcześniej. Dobiegłem do roweru i zacząłem zrzucać piankę. Przed założeniem mojego kombinezonu wysmarowałem się preparatem TRI SLIDE (taka wazelinka w płynie) mając nadzieje, że to ułatwi sprawę. Nawet sobie nie zdawałem sprawę jak ułatwi – jednym pociągnięciem jedna nogawka, drugim druga i po sprawie (dzięki Łukasz za załatwienie tej magicznej mikstury). Kask na głowę, okulary, numer startowy na 13221586_969606923159310_1707196011419836650_nplecy i biegiem z rowerem do wyjścia. Buty pięknie dyndają na gumkach więc jak tylko mijam linię sędziowską szybko wskakuje na rower i… k… ktoś mi zapiął rzepy na butach. Ten ktoś nawet sobie zrobił zdjęcie aby udowodnić, że kilkukrotne sprawdzenieIMG_4566_2 wszystkiego i tak nie gwarantuje, że o wszystkim się pamiętało :(. Oj jaki byłem wściekły, zacząłem odpinanie rzepów, wkładanie nogi w buta, ale  nie miałem prędkości (a przede wszystkim doświadczenia) więc jechałem jak pijany. Zajęło mi to chwilkę, ale jak zacząłem jechać humor mi wrócił. Początek trasy był kręty i z kostki a później gładko i płasko – do przejechania było 22.5 km więc nie za wiele. Prędkości coraz wyższe i nawet nikt mnie nie wyprzedzał (mogło by to też świadczyć, że jadę ostatni 😀 ) a ja za to wyprzedziłem ze trzy osoby. Później ktoś mnie jednak minął, ale i tak byłem bardzo zadowolony bo bilans wyprzedzających i wyprzedzanych był dla mnie korzystny. Utrzymywałem prędkość zdecydowanie powyżej 35 km/h więc jak na mnie to był kosmos. Przy nawrocie liczę, który jestem… i tak doliczyłem się około 40 miejsca co bardzo mnie podbudowało. Nawrót i ogień do mety. Kiedy zbliżałem się ku końcowi i wjechałem na kostkę i krętą końcówkę trasy, odezwała się moja zdolność nawigacji i poruszania się w terenie. Z tego co zapamiętałem to meta miała być zaraz za zakrętem i więc mógłbym się nie wyrobić ze zdjęciem butów (po zejściu z roweru buty zostają w pedałach a do strefy zmian biegnie się na bosaka) i chciałem się wykazać sprytem więc wyjąłem stopy z butów przed zakrętem. Pomysł był idealny w swej prostocie lecz miał tylko jedną wadę – to nie był ten zakręt 🙁 . W efekcie pokonałem jeszcze niecały kilometr i z dziesięć takich zakrętów ze stopami na butach – ależ to musiało wyglądać  :mrgreen: . No nic to, dojechałem do mety, zejście z roweru i biegiem do T2 czyli drugiej zmiany. Tutaj chciałem pobić rekord świata w zmianach i błyskawicznie (tak mi się przynajmniej wydawało) dobiegłem do stanowiska. Rower na wieszak, kask z głowy, buty na nogi (bez skarpetek więc szybko poszło)  i biegiem do wyjścia gonić tych co nie dogoniłem na rowerze. Byłem pewien, że mój mistrzowski czas na zmianie pozwolił na wyprzedzenie kilku zawodników. Trasa biegowa była różnorodna – trochę piasku, górki, dołki, lasek i asfalt. Nie były to warunki do robienia życiówek (dystans do przebiegnięcia to 5,275 km), ale było sympatycznie. Trzeba było przebiec dwie pętle, czas szybko leciał a krótki dystans nie pozwalał na wolne tempo i jakieś długie planowanie. Trzeba był zapieprzać i wyprzedzać kogo się da 🙂 . Przy drugim kółku już się pogubiłem i nie wiedziałem, czy ci którzy mnie wyprzedzali (byli też i tacy 😉 ) robią pierwsze czy drugie kółko. Przy drugim kółku coś mi zaczęło uwierać w bucie (ze względu na krótki dystans postanowiłeIMG_4580m przetestować moje nowiuśkie Asicsy Tri noosa 11) więc był lekki dyskomfort, ale chyba bez wpływu na tempo (na mecie okazało się, że to co uwierało to był spory bąbelek). Wbiegłem na metę i po ilości ludzi wiedziałem już, że na pewno nie byłem ostatni. Medal na szyje i zaraz mogłem skorzystać ze smakołyków przygotowanych dla zawodników. Izotonik, woda, pomarańcze, arbuzy i banany – fju, fju wypas 🙂 . W rezultacie 1/8 IM ukończyłem w czasie 01:25:25 – a tak to wyglądało w szczegółach:

Pływanie:      00:10:52 (59 miejsce)
T1:                 00:02:22 (33 miejsce)
Rower:          00:43:16 (37 miejsce)
T2:                 00:02:02 (57 miejsce)
Bieg:               00:26:54 (66 miejsce)

TOTAL: 01:25:25 – 41 miejsce na 223 startujących, 34 w kategorii wiekowej

Po moich zawodach oczywiście dzielnie kibicowaliśmy reszcie ekipy, która brała udział w ¼ IM.

Teraz czas na drobne wnioski:

Bankowo to muszę się bardziej rozluźnić na pływaniu, wolniej zaczynać a tempo samo przyjdzie a przede wszystkim to muszę się solidnie rozgrzać. Po pływaniu byłem 59 a po pierwszej zmianie 39, czyli szybkie zdjęcie pianki przyniosło pozytywne rezultaty (tak trzymać). Gdyby nie ten cholerny rzep to z roweru wystawił bym sobie szóstkę. Przy drugiej zmianie nie wiem co bym zmienił (może biec szybciej z rowerem?). Po rowerze byłem 38 i po zmianie T2 również czyli wydaje mi się, że wszystko zrobiłem dobrze a powinienem chyba zrobić to perfekcyjnie 🙂 . W bieganiu mogłem chyba dać z siebie troszkę więcej. Ogólnie jestem bardzo zadowolony bo 41 miejsce open napawa optymizmem. Szkoda, że były na tym dystansie tylko dwie kategorie wiekowe (do i powyżej 20 lat) bo może by się udało osiągnąć w swojej kategorii wiekowej lepszy rezultat.

Ogólnie było mega sympatycznie a cała TRIclubowa rodzina spisała się znakomicie. Jak zawsze uśmiechnięta Inga zaliczyła pudło (jak zwykle dodam) więc zasłużone GRATULACJE!!!. Po całej imprezie poszliśmy ładować węgle do pizzerii 😀 . Do zobaczenia w Sierakowie

Następny weekend to oczywiście następne zawody. Tym razem kierunek Sieraków i pierwsza w tym roku ćwiartka czyli 1/4 IM (0,95km, 45 km, 10,55km). Zawody odbywały się w sobotę więc pojechaliśmy z żonką dzień wcześniej aby do startu być wypoczętym i w pełni skoncentrowanym, bo w końcu głównym celem było pozbycie się stresu i uniknięcie paraliżu w wodzie. Poza tym wstawianie rowerów do strefy zmian było możliwe tylko w piątek do 22.00 (później okazało się to tylko teorią) więc dojechaliśmy na miejsce późnym popołudniem, odebraliśmy pakiet startowy, powiesiliśmy rower i pokręciliśmy się po strefie expo. Strzeliliśmy kawkę ze Stanem (startował na 1/2 IM) i Stefano (start na 1/4 IM) i pojechaliśmy do hotelu na piwko przed startowe 😉 . Warto jeszcze wspomnieć, że od środy stosowałem specjalną dietę „ładującą glikogen” tak aby zrobić wszystko aby pływanie było komfortowe. Rano pobudka o szóstej, szybkie śniadanko (kanapki z dżemem) i lecimy na zawody, oczywiście aby być przed czasem 🙂 . Spinka już oczywiście IMG_4595była więc w strefie startowej poukładałem i posprawdzałem kilkukrotnie wszystko co niezbędne (nie zapominając o rzepach w butach) i poszliśmy na przegląd okolicy. Moja kategoria wiekowa startowała o 9:20 (nie rozumiem dlaczego jako ostatnia 😛 ) więc około 8.30 zaplanowałem rozpoczęcie solidnej rozgrzewki. Zacząłem od 15 minutowego biegania ze Stefano a zaraz potem ubrałem piankę i rozgrzewka w wodzie. Wszystko zgodnie z planem więc pozostało zjeść żela energetycznego, wyczyścić złe myśli, skoncentrować i udać się na start. Parę głębokich oddechów, wystrzał i lecimy – spokój, spokój i jeszcze raz spokój. Od razu zacząłem płynąc swoim tempem a co najważniejsze w miarę równym i już w okolicy pierwszej boi wiedziałem, że udało mi się pokonać stres i można było skupić się na nawigacji, która niestety wymaga jeszcze wielu korekt. Wyszedłem z wody, spojrzałem na zegarek i 18 minut nie było tragicznym wynikiem, ale wiem, że jak poprawie nawigacje i na zawsze pokonam st13301382_973585289428140_3684517468329828392_oartową spinkę dam radę szybciej. Droga do T1 nie była usłana różami i po kilku metrach czekał nas spory podbieg. W strefie nawet się nie zgubiłem 😀 i w miarę szybko zrzuciłem piankę, chwyciłem rower i w drogę do linii startu. Po drodze urwały mi się gumki przytrzymujące buty, ale i tak całkiem sprawnie wskoczyłem na mojego rumaka. Nie wiem jak to się dzieję, ale na rowerze przybywa mi mocy i czuje się wspaniale. Trasa była dosyć szybka więc moje prędkości były „kosmiczne” i dosyć często jechałem lewym pasem wyprzedzając nawet czasami tych na futurystycznych czasówkach (to chyba najbardziej dodawało mi sił). W połowie schrupałem batona energetycznego a pod koniec wziąłem jeszcze żel, tak aby już mieć nową energię na bieganie. Tak się podjarałem tą jazdą, że w efekcie zupełnie niespodziewanie pojawiła mi się linia mety, przed którą pod groźbą dyskwalifikacji trzeba 13320514_973588172761185_976523518666261081_ozejść z roweru. No tak, w Piasecznie jechałem na bosaka już ponad kilometr przed metą a tu ledwo wyjąłem jedną nogę przed linią mety. No cóż zejście z roweru nie było profesjonalne, ale cała jazda SUPER 🙂 . Na trasie dzielnie dopingowała Kasia ze Stanem za co bardzo im dziękuję. T2 przebiegła bezboleśnie i pamiętając o błędach z Piaseczna oczyściłem szybko stopy przed włożeniem skarpetek i ogień na trasę. Trasa był głównie po lesie z licznymi górkami i dołkami a pod koniec pętli (były dwie) ten sam podbieg co przy wyjściu z wody (oj ciężki był). Biegło się fajnie i dodatkowo jeszcze testowałem pierwszy raz w triathlonie opaski kompresyjne na łydki. Biegałem już w nich wcześniej, ale w takich zawodach miałem je po raz pierwszy –13329558_973589802761022_477494332860871358_o zakłada się je już przed wejściem do wody. Każdy start przed docelową Gdynią to dla mnie nauka i testowanie różnych rozwiązań więc chcę być pewien, że na sierpień wszystko będzie sprawdzone i przetestowane. Wracając do biegu to nie mogę narzekać – tempo było zadowalające (choć mogło być lepsze), nic w butach nie obcierało, energia była więc złego słIMG_4602owa nie powiem 🙂 . Tak jak na rowerze tak i tu doping Kasi i Stana dodawał energii i w efekcie doprowadził mnie na metę z czasem 2:32:19. Teraz pokłony dla organizatora, który poza napojami, arbuzami i pomarańczami zapewnił na mecie hamburgery, piwo i ciasto – wypas 🙂 . Według mnie czas jaki osiągnąłem był bardzo ładny, ale najważniejsze, że udało mi się nie utopić i popłynąć w miarę równo czyli główny cel na te zawody osiągnięty. No to teraz czas na szczegóły:

Pływanie:     00:18:30 (256 miejsce)
T1:               00:04:11
Rower:        01:16:28 (298 miejsce)-tylu wyprzedziłem a spadłem o prawie 50 pozycji 🙁
T2:               00:02:15
Bieg:            00:50:55 (318 miejsce)

TOTAL: 02:32:19 – 259 miejsce na 1099 startujących, 44 w kategorii wiekowej na 206

Teraz czas na drobne wnioski:

W pływaniu udało się pokonać spinkę i paraliż więc można uznać to za sukces. Teraz czas na resztę szczegółów czyli nawigacja i prędkość. W rowerze średnia prędkość wyszła 34,1 czyli nawet lepiej niż w Piasecznie więc pozostał trening i jeszcze raz trening to może przekroczę średnią 35 km/h. W bieganiu sprawdzianem będzie płaska trasa bo jakoś nie przepadam za lasem, piachem i korzeniami choć koniecznie tempo musi być poniżej 5 min/km. Zapomniałbym pochwalić moje kolanko, które zachowuje się rewelacyjnie 🙂

Gratulację dla Artura, Stefano i Piotrka za super czasy oraz dla Asi, Stana i Rafała, którzy mieli kiepską pogodę na 1/2 IM a i tak osiągnęli kosmiczne wyniki 🙂

Za tydzień Białka – do zobaczenia 🙂