2017.01.07

Nowy Rok zaczął się solidnym sportowym akcentem. Już w pierwszym tygodniu wziąłem udział w trzy dniowym Tri-campie zorganizowanym przez TRICLUB. Wszystko miało miejsce w Kleszczowie w kompleksie Solpark. Bardzo przyjemny obiekt z basenem, salami do ćwiczeń, strefą SPA, bilardem, kręglami i nie wiem czym jeszcze 🙂 Mieszkaliśmy na przeciwko tego uroczego obiektu więc na trening mieliśmy 2 minuty marszem a na trening biegowy (o tym za chwilkę) chodziliśmy na bieżnię obok hotelu. Bardzo przyjemne i IMG_5650schludne pokoje a o jedzeniu to już chyba osobny wpis będę musiał napisać 😉 . Zbiórka była w czwartek gdzie przy wieczornej pizzy omówiliśmy cały plan treningowy, po czym przypieczętowaliśmy nasz przyjazd zimnym piwkiem. Plan był mało skomplikowany – spanie, trening, żarcie, spanie trening, żarcie i tak w kółko. Jak można się domyśleć piątek rozpoczęliśmy od treningu biegowego. 7:IMG_20170106_08001368500 rano zbiórka na bieżni i ponad godzinka biegania – to był nasz pierwszy kontakt z nadchodzącym mrozem i jak się później okazało, ten najcieplejszy. Po bieganku prysznic i śniadanko. O matko co się tu działo – stół się uginał od serów, wędlin, twarożków, owsianki, dżemów, jogurtów i pysznej jajecznicy wraz z pysznymi parówkami. Jak to zobaczyłem to już wiedziałem, że nie jestem na obozie odchudzającym a i przeczuwałem, że treningi nie podołają pochłanianym tu kaloriom. Na koniec kawka i dalej zgodnie z planem czyli drzemka 😀 . O 11:00 mieliśmy być w wodzie i tak się oczywiście stało. 25 metrowy basen był bardzo kameralny, ale czuliśmy się na nim jak VIP-y. W końcu wszystkie dostępne tory były zarezerwowane dla TRICLUBU. Trening rozpoczął się oczywiście rozgrzewką oraz ćwiczeniami z gumą treningową (symulowanie ruchów pływackich) i jak zawsze był konkretny, miły i sympatyczny. Po basenowym prysznicu praktycznie od razu poszliśmy na obiad. Nawet nie wymienię co stało na stole, jaka pyszna zupa była (zawsze były dwie do wyboru) i jaki deser jadłem. Obżarłem się jak świnia i zgodnie z planem oczywiście poszedłem na drzemkę. Przed 16:00 musieliśmy być już na sali IMG_20170108_163040103aby przygotować rowery, trenażery, podłączyć muzę i ogólnie wszystko ogarnąć. Trening rowerowy rozpoczął się o czasie. Pokręciliśmy ponad godzinkę a potem był trening „core”, stretching i rolka. Łukasz przywiózł rolki Blackrolla więc mogłem porównać jak to się ma do mojego wałka. W efekcie „posiedzieliśmy” na Sali ponad dwie godziny i po prysznicu (trzy prysznice dziennie – bałem się, że zmyje skórę z siebie 😀 ) musieliśmy już iść na kolację. Aż ślinotoku dostaje jak o tym pisze, bo przecież kolacja nie mogła być gorsza od pozostałych posiłków. Na zimno, na ciepło, surówki, sałatki, dobra po prostu było sporo żarcia i już temat zamykamy. Wieczorem były tzw. zajęcia w podgrupach i popijanie co tam kto lubi. Za długo nie posiedzieliśmy, bo po trzech treningach każdy był lekko wypompowany. Zapomniałem jeszcze dodać, że przy stole byliśmy chyba w szesnaście osób więc byliśmy dosyć liczną grupą. Następny dzień również rozpoczęliśmy od biegania, z tym że różnica była nieco w temperaturze. Tym razem termometr wskazywał -22, ale jak już wstaliśmy to przecież trzeba było wyjść. Niestety za lekko się ubrałem i po dwóch kółkach na bieżni wróciłem do pokoju. Jednak twardziele jak Alek i Krzysiek wybiegali prawie 30 minut. Reszta dnia praktycznie się nie różniła, no może poza wieczorem kiedy zrobiliśmy degustację pysznej wiśniówki i koniaku ukraińskiego od Agi (siostry Ewy). Niektórzy po kolacji sprawdzali jeszcze jak działa część SPA, ale ja jakoś się do nich nie przyłączyłem (chyba nie jestem miłośnikiem sauny).

Już miałem pisać o następnym dniu, ale przecież jeszcze jeden ważny szczegół został do omówienia. Na kolacji Łukasz już coś zaczął narzekać, że się kiepsko czuje, a że raczej nie należy do tych rozczulających to coś było na rzeczy. Po kolacji kiedy w gościnach u Agi, leczniczo (na trawienie) zaaplikowaliśmy sobie skromną dawkę wiśniówki, przyszła Ewa z wiadomością, że Łukasz postanowił spędzić resztę wieczoru w łazience, gdzie wydawał dźwięki zbliżone do Króla Lwa. Prawdopodobnie dopadł go wirus żołądkowy.

Można było się spodziewać, że raczej na bieganiu nie będzie, ale mieliśmy plan więc jak zwykle wstaliśmy na zbiórkę. Dzisiaj już było cieplej (-19) 😛 więc z Alkiem punktualnie wyszliśmy na bieżnię. Okazało się, że tylko my jesteśmy tacy nienormalni – no cóż 😉 – pobiegaliśmy pół godzinki i wróciliśmy do hotelu. Na śniadaniu pojawił się trener – no może jego cień. Szkoda, że nie zrobiłem zdjęcia, bo wyglądał jak połączenie umarlaka i ducha rodziny Addamsów :p . Nie był również bardzo wygadany, ale coś wspominał, że już trochę lepiej – no to miał coach ciekawą nockę 🙁 . Po śniadaniu zaczęliśmy pakowanie a przed 11:00 byliśmy już w wodzie – tam jak zwykle najpierw DCIM100GOPROG0040134.JPGrozgrzewka, ale już bez gum (trener chyba nie miał siły ich nieść z pokoju). Muszę niestety przyznać, że wczorajszy trening z gumami przyniósł efekty w postaci zakwasów 🙂 . Poza typowym treningiem, zainstalowany został dzisiaj tzw. trenażer pływacki. Na dnie basenu została położona taśma ledowa, która wyświetlała określone dla każdego pływaka światełko. Światełko poruszało się w ustalonym wcześniej tempie więc był fajny trening na utrzymanie równej prędkości. Można to porównać to pace makera w bieganiu – bardzo fajna sprawa. Trener na szczęście z godziny na godzinę wracał do żywych 🙂 . Po treningu obiadek, chwila odpoczynku i na salę. Rozpoczęliśmy trening  rowerowy wcześniej a zaraz po nim Ewelina zrobiła nam test FMS (Functional Movement System) – taki test sprawności ruchowej. Dostałem 17 na 21 punktów co podobno nie jest tragedią – mam do poprawy siłę ramion (to widać jak płynę z łapkami) oraz klatkę. Po treningu spakowaliśmy rowery i poszliśmy na ostatni posiłek. Racuchy z dżemem były mega, ale dupa się robiła taka wielka, że aż trzeszczało 😉 . Po 19:00 ruszyłem w drogę powrotną i cóż mogę powiedzieć – wyjazd z fajnymi ludźmi zawsze będzie super. Treningowo plan zrealizowany (no może poza bieganiem) i już się nie mogę doczekać obozu majowego.

IMG_5667Zgodnie z planem od poniedziałku zacząłem dietę i jak widać z pomiarów zrobionych zaraz po obozie jest z czego schodzić. Cel na październik to 79.9 kg 🙂

W najbliższą niedzielę bieg Chomiczówki i WOSP a na kwiecień zapisałem się jeszcze na dziesiątkę Babicką 🙂