Jeszcze przed urlopem udało się zaliczyć kilka intensywnych treningowo dni a mianowicie 1 lipca rozpoczął się Triclubowy tricamp w Kraśniku. Trzeba przyznać, że był dosyć konkretny i polegał tylko na trenowaniu, żarciu i na koniec spaniu czyli dla mnie idealny wyjazd 🙂 . Mieszkaliśmy tuż nad wodą, a zaraz po śniadaniu  był trening w wodach otwartych, potem szybkie przebranie w ciuchy rowerowe i wyjazd na 60 km kręcenia w 13557760_996135070506495_6617419623031221043_nupale. W między czasie Łukasz zarządził test na 20 km więc było ostro. Zaraz po rowerze obiad i z półtorej godzinki siesty. Potem ostre bieganko – rozgrzewka 2 km i 10 x 1km na 85% tętna maksymalnego. Było super zwłaszcza, że udało mi się to wszystko pokonać na wysokim tempie (około 4:30 min/km). Po tym treningu zwyczajnie padłem. Następny dzień podobny z tym, że zamiast biegania trenowaliśmy strefę zmian, wsiadanie i zsiadanie z roweru.  W niedzielę z samego rano ruszyliśmy na zawody a w planie był dystans olimpijski w Skarżysku-Kamiennej. Była to bardziej forma intensywnego treningu, ponieważ po takich ostrych dwóch dniach, braku jakiegokolwiek doładowania (doładowania glikogenem) nie można było liczyć na super rezultaty a raczej można było poznać granicę zmęczenia własnego organizmu. Dodatkową atrakcją była pogoda – jadąc już na zawody strasznie lało i nie było widać nadziei na rozpogodzenie. Na miejsce dojechaliśmy w okolicy godziny 9:00. Odebraliśmy pakiety i… wow – plecak, koszulka, woda i inne fajne gadżety. Takiego wypasionego pakietu jeszcze nie widziałem, no może na 5150, ale tam wpisowe było inne 😉 . Widać, że organizatorzy się starają bo w końcu to pierwsza impreza triathlonowa w Skarżysku i warto było zrobić dobre pierwsze wrażenie. Dodatkowo były spore nagrody pieniężne co przyciągnęło sporo zawodników z czołówki Polski. Z wstawieniem rowerów czekaliśmy do ostatniej chwili licząc, że się wypogodzi. Nic z tego, strefę zmian odwiedziliśmy w towarzystwie kropiącego deszczu (na szczęście nie ulewy 😀 ) więc buty i resztę gratów w skrzynce przykryłem workiem foliowym aby nic nie zmokło. Wszystko wynagrodziło umiejscowienie strefy tuż przy końcu Zalewu Rejowskiego – widokIMG_4919 przepiękny. Start zaplanowany był na 12:10 więc był jeszcze czas aby spokojnie wypić kawkę i trochę się postresować gdyż okazało się, że zasada spiny startowej obowiązuje również w Skarżysku 😉 . Pół godziny przed startem przestało padać, ale nie miało to chyba dużego znaczenia przy pływaniu. Start odbywał się z plaży (możliwy jest również z wody) więc czekał mnie sprint do jeziora. Przed zameldowaniem się w tzw „strefie oczekiwań” (tutaj 13567254_1333697256660329_5532091773700469811_nsię czeka przed samym dojściem doi linii startu) pobiegaliśmy chwilkę z Łukaszem aby się trochę rozgrzać. Obmyśliłem sobie strategię iście godną najlepszych generałów 😉 – postanowiłem stanąć z boku, ale za to w pierwszym szeregu. W końcu jestem już „taki doświadczony”, że ostro popłynę do przodu. Strzał, start i nie minęło 20 sekund kiedy mój generalski kunszt strategii wojennej pokazał ile jest wart 🙁 . Wpadłem do wody i od razy zaliczyłem ze trzy strzały, to z łokcia, to z pięty, to z … – mnie generała, tak poniewierać. W efekcie tak spanikowałem, że nie mogłem złapać oddechu, nawet zacząłem się oglądać gdzie są ratownicy żeby może do nich podpłynąć i dać sobie spokój. Szybko jednak przyszły mi te lepsze myśli w stylu „jak by to była Gdynia to bym zrezygnował”? Kuźwa pewnie, że nie, więc szybko zwolniłem, odbiłem na lewo, znalazłem swój tor i zacząłem płynąć mega powoli aby odzyskać oddech. Gdzieś po 300 metrach wszystko się uspokoiło i mogłem spokojnie dalej płynąć swoim tempem. Super doświadczenie, które zapamiętam na długo. Dzięki mojej wspaniałej strategii oraz idealnego jej wykonania osiągnąłem czas 00:30:47 (przy tempie w okolicach 2:00 min/100m) co i tak jest sukcesem przy tym co odwaliłem na starcie. Dobra zapomnijmy o tym i przejdźmy dalej. W strefie zmian jak zwykle „błyskawicznie” biorę 13537576_1333704779992910_7905848721477721324_nrower i napieram do przodu. Nawet nieźle wskoczyłem na tego swojego rumaka i „mocy przybywaj”, powtarzam „mocy przybywaj” a tu nic, moje nawoływanie pozostało głuche. Okazało się, ostre treningi w piątek i sobotę oraz brak doładowania mają kluczowe znaczenie. No cóż zjadłem żela i musiało mi to wystarczyć. Mieliśmy do zrobienia dwie pętle po 20 km i niby to nic takiego ale,… było bardzo zimno i dodatkowo po pierwszej pętli zaczęło znowu padać. Okazało się też, że na trasie jest „kilka” górek (Łukasz cos o tym wspominał 😉 ), które potrafiły najpierw dobrze wymęczyć a potem umożliwić ostry zjazd. Ten zjazd trochę mnie przeraził bo ponad 50 km/h na lemondce, mokrym asfalcie, padającym deszczu i sporym wietrze to trochę dla mnie za dużo. Czasami musiałem przejść z lemondki na standardowy uchwyt, bo zwyczajnie się cykałem. Podczas takiego zjazdu w deszczu cały dygotałem z zimna (najbardziej marzły stopy) więc ciężko było to nazwać sympatyczną przejażdżką. Dojechałem w końcu do mety z czasem 01:18:46 a o średniej chyba nawet nie warto wspominać. Przy tych górkach ciężko też ten czas porównać do poprzedniej warszawskiej olimpijki. Mimo, że miałem dużo mniej do zrobienia w T2 spędziłem prawie tyle samo czasu co w T1 – ot taki jestem „mistrz zmiany” 😀 . Już chyba wspominałem, że wszystkie rzeczy przykryłem workiem aby nie zmokły? Wszystko prawidłowo tylko szkoda, że worek zdjąłem w T1 i zostawiłem buty i skarpetki aby pięknie mi zmokły. W takich lekko wilgotnawym obuwiu wybiegłem na trasę biegową. Tutaj dokładnie było widać, że dzisiejsze zawody to trening a nie ściganie. Po kilkuset metrach tętno niby miałem na 75% a sapałem jak nasz piesek i zwyczajnie brakowało mi tchu. Później jak rozmawiałem z Łukaszem okazało się, że sapał podobnie i był to zwykły objaw wykończenia organizmu (ostre treningi a potem zawody). Trasa była zmienna 60/40 na korzyść twardej nawierzchni. Jak wpadłem do lasu to odezwały się te dwa bidony co wypiłem na rowerze i musiałem się zwyczajnie odlać. W biegu zdjąłem górę stroju, szybki postój pod drzewkiem i biegiem dalej. Po drodze trafił się też ostry podbieg więc było ciekawie. Tempo fatalne, ale druga pętla była znacznie lepsza od poprzedniej. Czas 00:50:30 to tragedia zwłaszcza, że trasa nie miała 10 km a około 9,6. Nie ma co rozpaczać bo takie były założenia – poznawać swój organizm. Ogólnie czas wyszedł 02:44:05 co dało mi 89 miejsce na 141 startujących i 17/24 w kategorii wiekow13528711_996826140437388_4964823540990019108_nej. Wynik chyba najgorszy z tegorocznych, ale doświadczenia wyniesione z deszczowej trasy kolarskiej i biegowej oraz zmęczonego organizmu są bezcenne. W związku z tym, że były to pierwsze zawody organizowane w Skarżysku-Kamiennej był serwowany pyszny torcik.

To był już ostatni test prz13612149_996826163770719_6563865469500226284_ned Gdynią. Teraz urlop gdzie postaram się trochę popływać, pobiegać i nie przytyć.

Gratulacje dla wszystkich Triclubowiczów za super wyniki – zwłaszcza graty lecą do Łukasza za zajęcie 6 miejsce OPEN.