2016.09.25

Ostatnią w tym roku dużą imprezą jaką zaplanowałem był maraton w Berlinie. Zapisałem się na niego (bardziej może wziąłem udział w losowaniu i wygrałem) już dwa lata temu, ale awaria kolanka zmusiła mnie do przełożenia udziału w tej super imprezie na ten rok (na szczęście organizator zagwarantował mi już miejsce). Warto dodać, że była to moja pierwsza międzynarodowa impreza w jakiejkolwiek startowałem. Start odbywał się 25 września w niedzielę, ale byliśmy na miejscu z Kasią już około 13:00 w sobotę. Okazuje się, że jednak zawody biegowe nie podlegają prawom wielkiej spiny i nawet byłem całkiem zrelaksowany 😀 . Dzień wcześniej spakowałem plecak w kilka minut bo co tu w końcu można spakować na bieg (buty, spodenki, koszulka, kilka gadżetów, żele, itp.) – to nie triathlon i pakowanie poszło bezproblemowo. Zapomniałem wspomnieć o najważniejszym a mianowicie w kilka dni przed wyjazdem czułem, że przeziębienie (albo inny syf) próbuje wleźć do mojego organizmu. Myślałem, że coś mnie trafi – dbałem o siebie, odpowiednio się ubierałem, zawsze czapeczka po wyjściu z basenu żeby przypadkiem się nie przeziębić a tu gile po pachy tuż przed maratonem.  Na szczęście temperatury nie było tylko ta choroba dziesiątkująca mężczyzn zwana katarem ostro mnie polubiła. Teraflu, witaminki, sudafed, ale cały czas w głowie już miałem myśli, że o dobrym czasie mogę zapomnieć. Jakbym się nie faszerował chemią to organizm na pewno będzie osłabiony. Co ma być to będzie, w końcu nie biegłem jeszcze na prochach a każde doświadczenie się przyda 😉 . Wracając do imprezy to od samego początku organizacja niemiecka czyli PERFEKCYJNA. Jak w IMG_5259sobotę jak podjechaliśmy po pakiet spodziewałem kolejki gigant, w końcu udział brało ponad 40000 biegaczy. Kolejka… jaka kolejka – wejście na hale, opaska na rękę, worek, numer startowy i wyjście na expo (gdzie czekała Kasia, która jako kibic nie mogła wejść ze mną po pakiet) i wszystko w 5, no może 7 minut. Dla tych co głoszą hasła „biegacze do lasu” informuje, że poza niedzielą również w sobotę całe centrum Berlina było zamknięte. W tym dniu odbywały się zawody dla młodych biegaczy i rolkarzy 🙂 .

W dniu zawodów rano jak zwykle kanapki z dżemem, ale tym razem dołożyłem jeszcze 2 x Sudafed, 2 x Ruttinoscorbin i 2 x witaminę C (z paracetamolem dałem sobie spokój przed biegiem). Na start wyruszyliśmy dwie godziny wcześniej (zgodnie z sugestią organizatora). Niby mieliśmy 2 km z hotelu, ale nie wiedzieliśmy dokładnie jak się dostać do strefy startowej. Niemcy o wszystko zadbali – informacja i wolontariusze doprowadziły nas do strefy depozytu, gdzie już tylko zawodnicy mieli wstęp. Pamiątkowa fota, buziak na szczęście i lecę na maksa podekscytowany 🙂 . Ze strefy depozytu nie korzystałem więc udałem się w stronę strefy startowej gdzie planowałem się trochę porozgrzewać. Podczas zapisów trzeba było podać czas ostatniego maratonu i na jego podstawiIMG_5304e organizator przydzielał miejsce w odpowiedniej strefie startowej. Jak możecie się domyśleć ja ze swoim czasem trafiłem do tej najlepszej ostatniej 😛 . Chwilkę postałem i zacząłem sobie truchtać, potem ćwiczenia rozgrzewające a potem wspólna rozgrzewka z wszystkimi zawodnikami. Co tu dużo pisać – było wspaniale. Pozytywna energia i moc unosiła się w powietrzu, idealne nagłośnienie, mnóstwo telebimów, wspaniali uśmiechający się zawodnicy, same ochy i achy. Pod koniec rozgrzewki pojawiła się Kasia, której udało się obejść całą odgrodzoną strefę zawodów i jakoś dostać się tuż obok startujących.

Godzina 9:15 i zaczęło się odliczanie, w rytm muzyki wszyscy klaskali (super to wyglądało) i nareszcie starter wystrzelił. To oczywiście nie oznacza, że zacząłem biec 🙂 – zanim doszedłem do linii startowej minęło jeszcze prawie 35 minut. Nie ma co się dziwić bo w końcu to największy maraton w Europie i ponad czterdzieści tysięcy zawodników musi dojść do startu. Adrenalina zrobiła swoje i nie już czułem efektów mojego przeziębienia więc obładowany żelami (wziąłem 10 sztuk) ruszyłem w pogoń za swoim celem czyli czasem 3:50:00. Z rozgrzewki po tej pół godzinie nic nie pozostało więc pierwszy kilometr potraktowałem właśnie jako rozgrzewkę. Po pierwszym kilometrze próbowałem już się wbić w swoje tempo zaczynając od 5:30-5:20. Trochę było sporo ludzi i ciężko było czasami wyprzedzać, ale atmosfera była cudowna a tysiące kibiców na trasie bardzo nas motywowali. Kilometry mijały szybko i nawet nie wiem kiedy dobiegłem do połowy. Biegło mi się wyśmienicie, ale wiedziałem, że do euforii jeszcze daleko bo połówka o niczym nie świadczy. Wszystko co złe podczas maratonu dopiero może nadejść. Zapomniałem wspomnieć o bufetach, które były zlokalizowane praktycznie co 3 km – naprzemiennie raz woda a raz izo z bananami. Wszystko idealnie zorganizowane a zwłaszcza system nalewania wody (lub izo) do kubeczków. Wolontariusz miał wielką miskę z wodą, z której napełniał (w rękawiczkach) kubki z napojem – takie proste a tak wydajne 🙂 . Na 30 kilometrze powoli zacząłem odczuwać zmęczenie mięśni – zwłaszcza w prawej nodze i co za tym idzie jednocześnie spadło mi tempo. Widziałem już lekkie zagrożenie ze złamaniem czterech godzin. Żele brałem regularnie co 25 minut więc energię miałem, ale coś mięśnie nie dawały rady. Od tego momentu częściej patrzyłem na zegarek i tempo na nim pojawiające się wcale mi się nie podobało. Tak dotarłem jakoś do 39 kilometra i zacząłem swoje obliczenia (w tych jestem mistrzem 😀 ). Wyszło mi, że na osiągnięcie celu nie mam szans, ale powinienem mieć czas około 3:53 w końcu zostało tylko 2 kilometry i łatwo było to obliczyć. Biegłem więc na luzaka, ale po kilku minutach zorientowałem się, że popełniłem drobny błąd w kalkulacjach – okazało się bowiem (nie wiadomo jak to możliwe), że maraton ma 42 a nie 41 kilometrów jaIMG_5320k przyjąłem do obliczeń 😛 (brawo ja). Szybko okazało się, że muszę ostro zapieprzać aby przy najmniej złamać te cholerne cztery godziny. Tak też zrobiłem i lekko zmęczony, ale mega szczęśliwy przebiegłem pod bramą Brandenburską i leciałem na ostatnie 300 metrów gdzie tuż przed metą żonka mi dzielnie kibicowała (cmok 😉 ). Wpadłem na metę z czasem 3:58:32 co jest oczywiście mojIMG_5313ą życiówką (poprawioną o prawie 40 minut), ale do celu zabrakło 8 minut. Nie ma co rozpatrywać czy to kwestia przeziębienia, taktyki czy czegoś innego – jest powód aby dalej solidnie trenować i już. Reasumując była to fantastyczna impreza, perfekcyjnie zorganizowana, z tysiącami fantastycznych kibiców, rewelacyjną trasą i energetycznym klimatem.  Jak już szukać czegokolwiek aby się do czegoś przyczepić to pakiet mógłby być nieco bogatszy bo nawet koszulki nie dali 🙁 . Jak tak wyglądają wszystkie zagraniczne maratony to pewnie się na jakiś jeszcze kiedyś zapiszę. Zapomniałem wspomnieć jeszcze o miejscu jakie zająłem bo jest wypasione – zająłem miejsce 13027 🙂 a w kategorii wiekowej byłem 2525 – brzmi to superowo 😀 . A tak to wyglądało w szczegółach:

IMG_5324

Zakończony maraton to dla mnie również zakończony sezon i nadszedł chyba czas zrobić krótkie podsumowanie. Nie ma co ukrywać i być skromnym (uwaga teraz będę się chwalił) – 2016 to rok sportowo dla mnie zajebisty. Wziąłem udział w ośmiu imprezach triathlonowych gdzie zdobyłem całe wiadro doświadczenia i ustanowiłem życiówki na wszystkich dystansach. Zadebiutowałem na dystansie ½ IM w Gdyni z całkiem niezłym czasem a start w tej imprezie pokazał, że mogę rozpocząć następny krok do pełnego dystansu IM. Poza Tri imprezami udało mi się jeszcze pobiec na wiosnę w półmaratonie, 10 km na OWM i teraz maraton w Berlinie. Okazało się, że też mega dobre wyniki – w tych trzech imprezach  też zrobiłem życiowe czasy. Obawiałem się trochę czy kolano mi wytrzyma taki mocny sezon – okazało się, że nie dość, że wytrzymało to jeszcze lewa noga jest lepsza od prawej 🙂 .

Co tu jeszcze można napisać – może to, że ukoronowaniem całego sportowego sezonu jest już oficjalne zapisanie się na zawody w Barcelonie na pełnym dystansie Ironman. Mam czas do 1 października 2017 aby przygotować swój organizm do przepłynięcia 3,8 km, potem 180 kilometrowej przejażdżki na rowerze a na deser 42 km biegu czyli maratonik. Patrząc na siebie na mecie w Berlinie uznałem, że trzeba być walniętym aby przed maratonem jeszcze dać radę pojechać na rowerze 180 km. Ewidentnie mam jeszcze nad czym pracować. 🙂

14492454_573567432829471_2161329031395124764_n

Teraz po sezonie chyba jeszcze wpadnę na bieg Niepodległości aby pościgać się trochę z Synem 😀 .